We wtorek prezydent Poznania dostał w twarz tortem, a media na dwa dni zajęły się jego garniturem i krawatem. Aktywistom grożą za to trzy lata więzienia i dozór policji. Sprawa, o którą naprawdę poszło, czyli 250 rodzin z Osiedla Maltańskiego sprzedanych deweloperowi za 421 milionów złotych, zniknęła z nagłówków.
Garnitur prezydenta Poznania trafił do pralni, a lokalne media z przejęciem sprawdzały, czy uda się go doczyścić. Z resztą tej historii nie pójdzie tak łatwo.
We wtorek, na sesji absolutoryjnej, zaraz po tym jak Jacek Jaśkowiak skończył czytać raport o stanie miasta, na salę weszła grupa ludzi. Jeden z nich, Kamil S., rzucił w prezydenta tortem i krzyczał, że to wotum nieufności poznaniaków, że pycha kroczy przed upadkiem. Drugi, Patryk Sz., stanął przed Jaśkowiakiem z transparentem i odwrócił uwagę sali. Obrady przerwano, wkroczyła straż miejska, policja zatrzymała dwie osoby. Akcję pod hasłem “Wilczy bilet dla Jacka Jaśkowiaka” przygotowali ludzie z kolektywu Rozbrat i Ruchu Klimatycznego Jazda. Na sali nie siedziała jednak żadna bojówka. Byli tam mieszkańcy Osiedla Maltańskiego, osoby walczące o tańsze bilety, działacze społeczni i związkowcy. Tego samego dnia radni dali prezydentowi wotum zaufania i absolutorium. Politycznie Jaśkowiakowi nic się nie stało.
Skandalem nie jest jednak tort
30 stycznia poznańska kuria sprzedała ponad dwanaście hektarów ziemi nad Jeziorem Maltańskim deweloperowi JHM Development z giełdowej grupy Mirbud. Cena: 421,18 mln zł netto (raport bieżący Mirbud SA nr 8/2026, PAP Biznes: https://biznes.pap.pl/wiadomosci/firmy/mirbud-sa-82026-podpisanie-umowy-przez-spolke-zalezna-jhm-development). Na tej działce od pokoleń mieszka około 250 rodzin. Pierwsze budy i altany stawiali tu najubożsi jeszcze w latach trzydziestych. Z czasem zmieniły się w domy, a teren w zżyty, sąsiedzki świat ze świetlicą, weselami i drużyną harcerską. O sprzedaży lokatorzy dowiedzieli się z internetu. Sprzedano ich razem z gruntem, jak niewygodny ciężar do uprzątnięcia.
Umowa jest warunkowa. Deweloper przejmie teren dopiero wtedy, gdy ludzie się wyprowadzą, więc zarządzająca osiedlem spółka Komandoria już rozbiera puste budynki, a mieszkańcy mówią o zalaniach, awariach i ciągłym nacisku, żeby wreszcie podpisali i odeszli. Część z nich trafi potem do mieszkań komunalnych, czyli na koszt poznaniaków, podczas gdy prywatny inwestor zarobi na całej operacji krocie. Wartość gruntu rosła zresztą nie sama z siebie. Radni najpierw podnieśli w planie ogólnym dopuszczalną zabudowę, a wkrótce potem kuria zainkasowała 421 milionów. Mieszkańcy prosili miasto o jedno: żeby spróbowało ich ocalić, choćby przez zamianę gruntów z Kościołem. Jaśkowiak ten postulat odrzucił.
Ta sprawa nie spadła z nieba razem z tortem. Mieszkańcy i lokatorskie organizacje walczą o Maltańskie od lat, spokojnie i po kolei: pisma, protesty, prośby o powołanie pełnomocnika do spraw osiedla. W lutym posłowie Razem zwołali w Sejmie konferencję prasową razem z mieszkańcami i Wielkopolskim Stowarzyszeniem Lokatorów. Adrian Zandberg mówił wprost, że ludzi sprzedano jak mięsny dodatek do gruntu, a władze miasta patrzą w inną stronę. Marcelina Zawisza dwukrotnie wchodziła do ratusza z kontrolą poselską i żądała umów zawartych między miastem a archidiecezją. Prezydent poświęcił jej kiedyś niecałe trzy minuty, po czym wyszedł z gabinetu, a w sieci porównał ją do Grzegorza Brauna i zapowiedział zawiadomienie do prokuratury. Na kolejnej konferencji Razem zapowiedziało wniosek do CBA i wyliczało następne miejskie inwestycje, przy których wraca to samo pytanie: kto naprawdę rządzi w Poznaniu, mieszkańcy czy deweloperzy. Odpowiedzi nie było. Był tort.
Zarzuty za tort, a za sprzedaż rodzin nic
Za rzucony tort obaj mężczyźni usłyszeli zarzuty znieważenia i naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza publicznego, bo prezydent miasta nim jest. Grozi za to do trzech lat więzienia. Czyn zakwalifikowano jako chuligański, co podnosi dolną granicę kary o połowę. Kamil S. odpowie dodatkowo za zniszczenie garnituru, koszuli i krawata, a Patryk Sz. za ułatwienie akcji. Doszedł dozór policji trzy razy w tygodniu oraz zakaz zbliżania się do prezydenta i urzędu na mniej niż dwadzieścia metrów. Policyjny technik zabezpieczał ślady na krawacie.
Za to drugie, czyli za sprzedaż 250 rodzin razem z dachem nad głową, nie grozi nikomu nic. Ani zarzutu, ani dozoru, ani odrobiny pośpiechu. Aparat ścigania potrafi w jeden dzień ruszyć w sprawie tortu i rozkłada ręce, gdy w grę wchodzą eksmisje. To nie przypadek. To dokładnie pokazuje, czyją nietykalność naprawdę chroni się w Poznaniu.
Sam prezydent rolę ofiary przyjął ochoczo. Zapewniał, że jest odporny psychicznie i że nie boi się ani tortu, ani noża, ani pistoletu, że trenował boks i cios wytrzyma. Powtarzał o przekroczeniu wszelkich granic. Granice przekroczono jednak dużo wcześniej, kiedy ludzi sprzedano jak inwentarz, a samorząd pomógł napompować cenę działki. Każde kolejne zdanie Jaśkowiaka, o boksie, o zniszczonym garniturze, o techniku od śladów, utrwalało obraz włodarza, który broni własnej koszuli zamiast cudzych domów.
Otoczenie prezydenta zareagowało jeszcze bardziej wymownie. Pierwszy zastępca Jaśkowiaka zaproponował, żeby rozważyć zamknięcie sesji przed mieszkańcami, bo następnym razem ktoś może wtargnąć z maczetą. Z protestu o mieszkania władze wyciągnęły więc jeden wniosek: odgrodzić obywateli od własnej rady, dostawić bramki, sprawdzać torby. Bezpieczeństwo na pokaz zamiast polityki mieszkaniowej. Podobnym tonem mówił wiceminister rozwoju Tomasz Lewandowski z Lewicy, ostrzegając, że dziś leci tort, a jutro poleci kwas. Taka eskalacja ma jeden cel: przedstawić spokojną, ciągnącą się latami kampanię lokatorską jako zalążek terroru, żeby nie trzeba było rozmawiać o eksmisjach.
I to jest prawdziwy skandal po lewej stronie. Część środowiska, to samo, które chętnie mówi o sobie centrolewica, stanęła murem za technokratycznym prezydentem przeciwko lokatorom. Razem przez cały czas stało po drugiej stronie, razem z mieszkańcami. Wybór jest prosty. Można stać po stronie garnituru albo po stronie ludzi, których ten prezydent reprezentuje coraz słabiej.
Czy rzucenie tortu było mądre? Nie. Dało Jaśkowiakowi dokładnie to, czego potrzebował: kostium ofiary i pretekst, żeby cała Polska mówiła o krawacie zamiast o eksmisjach. Tę gębę aktywiści podstawili sobie sami. Ale moralna panika, którą odpalono w odpowiedzi, jest cyniczna i nieproporcjonalna. Tort to nie nóż i nie kwas. Sugerowanie, że jedno prowadzi do drugiego, służy tylko temu, żeby uciszyć ludzi, którzy od miesięcy proszą o rozmowę i dostają mur.
Garnitur prezydenta wróci z pralni. Domy 250 rodzin nie wrócą równie łatwo. Pytanie, na które poznańska rada powinna sobie odpowiedzieć, nie brzmi, jak nie wpuścić tortu na salę. Brzmi, jak nie wypuścić ludzi z ich własnych mieszkań.














Komentarze