Gdy Google pokazuje w wynikach wyszukiwania nagłówek artykułu z polskiego portalu, kawałek jego tekstu i miniaturę zdjęcia, korzysta z treści, którą wyprodukowała redakcja. Unijna dyrektywa z 2019 roku każe za to płacić wydawcom, a wysokość wynagrodzenia Google ustala z nimi w negocjacjach. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął właśnie postępowanie antymonopolowe wobec czterech spółek z grupy Google, bo podejrzewa, że koncern wykorzystał w tych rozmowach swoją dominującą pozycję wśród wyszukiwarek. Wydawca, który nie przyjmie warunków Google, ryzykuje, że jego artykuły spadną w wynikach albo w ogóle znikną z wyszukiwarki, a razem z nimi straci znaczną część ruchu na stronie i przychodów z reklam.
Postępowanie antymonopolowe UOKiK to etap, w którym urząd zbiera dowody i ocenia, czy doszło do naruszenia ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Jego wszczęcie nie oznacza wyroku. Jeśli po zebraniu materiału urząd potwierdzi zarzuty, może nałożyć karę finansową i nakazać zmianę praktyk. W sprawie Google rozstrzygnięcie może zapaść dopiero za kilka miesięcy.
Dlaczego pozycja Google w negocjacjach jest nierówna
Dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym nazywa to uprawnienie prawem pokrewnym wydawców prasowych. Obejmuje wyszukiwarki i agregatory newsów, a miało wyrównać relacje między redakcjami a platformami, które zarabiają na ruchu generowanym z cudzej pracy dziennikarskiej.
Wyrównanie okazało się trudne, bo Google kontroluje największy kanał, przez który czytelnicy docierają do tekstów wydawców. Większość internautów szuka informacji właśnie przez tę wyszukiwarkę, więc redakcja, która straci w niej widoczność, nie ma dokąd przenieść ruchu, a przy stole negocjacyjnym zostaje jej wybór między złą umową a brakiem umowy.
Ustawa o ochronie konkurencji pozwala firmie twardo negocjować cenę, ale zakazuje nadużywania pozycji dominującej. UOKiK musi więc ustalić, czy Google tylko targowało się o stawki, czy wykorzystało to, że wydawcy nie mają alternatywnego kanału dotarcia do czytelników.
Co jest w tej sprawie na stawce
Od wysokości stawek zależy, kto finansuje produkcję informacji w internecie. Redakcje utrzymują dziennikarzy, płacą za śledztwa i korektę, a znaczną część wartości z ich pracy przechwytuje platforma, która porządkuje dostęp do tekstów, ale ich nie wytwarza. Jeśli wynagrodzenie za prawo pokrewne ustala się przy takim układzie sił, mechanizm pomyślany jako wsparcie wydawców działa na korzyść platformy.
Najmocniej odczuwają to mniejsi i regionalni wydawcy, dla których ruch z wyszukiwarki jest głównym źródłem czytelników, a na prawników do negocjacji z koncernem ich nie stać. Duże redakcje takie zasoby mają. Dla małych spadek widoczności w Google może oznaczać cięcia w budżecie, a w konsekwencji mniej dziennikarzy i mniej tekstów lokalnych, które poza wyszukiwarką nie mają innego kanału dystrybucji.
Podobne spory o wynagrodzenia dla wydawców toczyły się wcześniej w Australii i Francji, a Komisja Europejska od lat szuka sposobu na regulację rynku, na którym jeden podmiot kontroluje jednocześnie wyszukiwarkę, przeglądarkę, system reklamowy i system operacyjny telefonów.
Postępowanie UOKiK pokaże, czy krajowy urząd antymonopolowy jest w stanie narzucić globalnemu koncernowi zasady, których konkurencja rynkowa sama nie wymusiła. Od tego, ile ostatecznie zapłaci Google, zależy, ile redakcji w Polsce będzie w stanie utrzymać dziennikarzy śledczych i korespondentów lokalnych.


Komentarze