Polski system emerytalny jest skonstruowany w sposób, który karze tych, którzy całe życie pracowali najtaniej i najbardziej niepewnie. Mechanizm jest prosty i bezwzględny: wysokość emerytury zależy od sumy odprowadzonych składek, a te z kolei od wysokości i ciągłości wynagrodzenia. Kto przez lata dostawał minimalne stawki godzinowe na zleceniu, kto miał przerwy między kontraktami, kto pracował w szarej strefie lub na fikcyjnym samozatrudnieniu — ten na starość zobaczy na swoim koncie w ZUS-ie cyfrę, która nie starczy na opłacenie czynszu.
Osoba z sześćdziesięcioletnim stażem i zaledwie dekadą formalnego zatrudnienia może liczyć na świadczenie daleko poniżej minimalnej emerytury — i wbrew powszechnemu przekonaniu, minimum gwarantowane przez państwo nie jest automatycznym zabezpieczeniem. Przysługuje tylko tym, którzy przepracowali odpowiednio długo w rozumieniu przepisów. Krótki staż oznacza, że system po prostu wypluje człowieka z kwotą, która jest arytmetycznym wynikiem jego składkowej historii, niezależnie od tego, ile lat naprawdę harował.
Ostrożnie: Minimalna emerytura gwarantowana przez państwo nie przysługuje automatycznie. Wymagany jest odpowiedni staż składkowy — osoby z krótką historią zatrudnienia mogą otrzymać świadczenie znacznie poniżej tego progu.
Do tej pory system stwarzał jeszcze jedną furtkę dla pracodawców: można było zwlekać z wypłatą wynagrodzenia zleceniobiorcom miesiącami, bo przepisy tego wprost nie zabraniały. Sejm ma się zająć projektem, który od 2027 roku narzuci firmom maksymalny termin dziesięciu dni na przelew i kary sięgające 60 tysięcy złotych za jego przekroczenie. To zmiana w dobrym kierunku — ale tylko jeden krok, i to dość spóźniony. Przez lata opóźnione wypłaty były realnym narzędziem presji na tych, którzy nie mogli pozwolić sobie na spór z pracodawcą.
ZUS tymczasem reaguje na problem nadchodzących emerytur w charakterystyczny sposób: zachęca seniorów do aktywności zawodowej po osiągnięciu wieku emerytalnego. Przekaz jest gładki — więcej dochodów, kontakty społeczne, aktywny styl życia. W tle jest jednak brutalniejszy komunikat: jeśli twoje świadczenie jest za niskie, żebyś przeżył, pracuj dalej. Państwo nie bierze odpowiedzialności za to, że system przez dekady tolerował formy zatrudnienia, które produkowały właśnie tę biedę.
Prekaryzacja rynku pracy to nie przypadek ani uboczny efekt transformacji. To efekt świadomych decyzji politycznych i zaniechań — braku skutecznej inspekcji pracy, przyzwolenia na masowe stosowanie umów cywilnoprawnych tam, gdzie powinien istnieć stosunek pracy, i chronicznej słabości związków zawodowych. Pracodawcy przez lata korzystali z tego, że mogą zatrudniać ludzi tanio i bez zobowiązań. Zyski były prywatne, a koszty — w postaci niskich emerytur i obciążeń systemu pomocowego — przerzucano na całe społeczeństwo.
Rozwiązanie nie leży w kampaniach zachęcających siedemdziesięciolatków do pracy. Leży w odwróceniu logiki, która doprowadziła do tego problemu. Stabilne etaty zamiast zleceniowej prowizorki. Składki odprowadzane od realnych zarobków przez cały okres aktywności zawodowej. System emerytalny, który nie uzależnia godnego życia na starość od tego, czy miałeś szczęście pracować u pracodawcy oferującego umowę o pracę. I państwowa inspekcja z realnymi uprawnieniami do zmiany formy zatrudnienia, gdy stwierdzi, że zlecenie to zakamuflowany etat.
Dopóki praca na śmieciówkach będzie opłacalna dla pracodawców i bezkosztowa dla państwa, dopóty za trzydzieści lat będziemy mieć kolejne pokolenie seniorów zachęcanych przez ZUS do „aktywności zawodowej" — bo inaczej nie przeżyją."

Komentarze