Wolny rynek ma jedną fundamentalną wadę: jego uczestnicy rzadko mają równą siłę. Po jednej stronie stoją globalne platformy sprzedażowe i korporacje gromadzące dane biometryczne miliardów ludzi. Po drugiej — zwykły konsument, który kupuje ładowarkę do telefonu albo odbija palcem od czytnika w pracy. Gdy państwo abdykuje z roli regulatora, to właśnie ten konsument płaci zdrowiem, pieniędzmi albo utratą prywatności.
W 2025 roku do unijnego systemu wczesnego ostrzegania trafiło ponad 4600 zgłoszeń dotyczących niebezpiecznych produktów. Ponad dwa tysiące z nich — niemal połowa — pochodziło z Chin. Za tymi liczbami kryją się zabawki z toksynami, ładowarki bez zabezpieczeń przeciwprzepięciowych, elektronika, która może się zapalić. Towary kupowane przez internet, często za kilka złotych, sprzedawane przez pośredników niemających żadnego magazynu na terenie Unii i żadnej realnej odpowiedzialności wobec europejskiego prawa. Komisja Europejska wszczęła postępowania wobec chińskich platform i pracuje nad nowymi regulacjami — ale postępowania toczą się latami, a produkty trafiają na rynek tu i teraz.
To nie jest problem złej woli pojedynczych sprzedawców. To systemowy efekt modelu biznesowego, w którym platformy zarabiają na każdej transakcji, lecz odpowiedzialność za produkt zrzucają na sprzedającego — często zarejestrowanego gdzieś poza zasięgiem europejskich inspektoratów. Dopóki kara za wprowadzenie niebezpiecznego towaru na rynek jest niższa niż zysk z jego sprzedaży, dopóty nic się nie zmieni.
Ostrożnie: Dane biometryczne — w odróżnieniu od hasła czy numeru karty — nie dają się zmienić. Jeśli ktoś przejmie skan twojej twarzy lub odcisk palca, nie możesz ich odwołać ani wygenerować nowych.
Drugi front tego samego problemu jest mniej widoczny, ale jeszcze trudniejszy do odwrócenia. Tradycyjne bazy danych biometrycznych — zbierane przez pracodawców, lotniska, systemy kontroli dostępu — to scentralizowane repozytoria informacji, których nie można „zresetować". Naukowcy szukają dziś rozwiązań technicznych, które pozwoliłyby przechowywać te dane w sposób mniej podatny na kradzież. To ważna praca — ale stawia wózek przed koniem. Pytanie nie brzmi tylko „jak lepiej chronić bazy danych biometrycznych", lecz przede wszystkim: kto miał prawo je tworzyć i czy w ogóle powinny istnieć w tej formie.
W Polsce i w całej Unii wciąż brakuje egzekwowanych standardów minimalizacji danych — zasady, że zbiera się tylko to, co absolutnie konieczne, i przechowuje tylko tak długo, jak niezbędne. RODO istnieje na papierze, ale jego stosowanie pozostaje nierówne, a kary nakładane na duże podmioty są symboliczne wobec ich przychodów. Tymczasem dane biometryczne pracowników i klientów stały się towarem: sprzedawanym, licencjonowanym, wyciekającym.
Oba te problemy — niebezpieczne towary i niekontrolowany handel danymi osobowymi — mają wspólną przyczynę. Państwo przez lata traktowało regulację rynku jako hamulec wzrostu, nie jako narzędzie ochrony obywateli. Inspektoraty handlowe są niedofinansowane, organy ochrony danych przeciążone, a procedury egzekwowania prawa dostosowane do tempa biurokracji, nie do tempa globalnego handlu cyfrowego.
Rozwiązanie nie jest tajemnicą. Silniejsze inspekcje z realnym budżetem i uprawnieniami do blokowania platform wprowadzających niebezpieczne produkty. Odpowiedzialność platform za towary sprzedawane za ich pośrednictwem — tak jak odpowiada sklep, nie tylko dostawca. Surowe limity na gromadzenie danych biometrycznych przez podmioty prywatne i obowiązkowa decentralizacja ich przechowywania. Kary za naruszenia liczone od obrotów, nie od widzi-mi-się urzędnika.
To nie są pomysły rewolucyjne. To warunki minimalne funkcjonowania rynku, który nie szkodzi ludziom. Pytanie, dlaczego wciąż ich nie ma, jest pytaniem politycznym — o to, czyje interesy państwo naprawdę chroni.

Komentarze