Zmęczony mężczyzna siedzi przy biurku przed monitorem komputera

Polacy pracują jedni z najdłużej w Europie. To nie powód do dumy


W 2025 roku polscy pracownicy przepracowywali średnio 38 godzin tygodniowo — piąty najwyższy wynik w całej Unii Europejskiej, wynika z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Wyprzedzają nas tylko cztery kraje. Ten wynik nie jest świadectwem polskiej pracowitości. Jest symptomem rynku pracy, który przez dekady faworyzował pracodawców kosztem zatrudnionych.

Te 38 godzin to dane dla pracowników etatowych. Osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą pracują jeszcze dłużej - i tu zaczyna się istotny problem strukturalny. Znaczna część polskich „przedsiębiorców" to w rzeczywistości pracownicy wypchnięci poza etat przez pracodawców, którym opłaca się zlecać zadania na fakturę zamiast zatrudniać na umowę o pracę. Samozatrudnienie bywa wyborem, ale równie często jest pułapką: bez płatnego urlopu, bez zasiłku chorobowego w pełnej wysokości, bez ochrony przed nagłym zakończeniem współpracy.

Fikcyjne samozatrudnienie nie jest marginesem polskiego rynku pracy. To celowy mechanizm przerzucania ryzyka ekonomicznego z pracodawcy na pracownika. Gdy ktoś jest „własnym szefem" tylko z nazwy, czyli wykonuje polecenia jednego zleceniodawcy, przyjeżdża o stałej porze i pracuje na sprzęcie należącym do firmy - mamy wtedy do czynienia z obejściem prawa pracy. Takie osoby są pozbawione uprawnień przysługujących pracownikom najemnym, a jednocześnie nie mają żadnej realnej swobody właściwej dla przedsiębiorców. Wliczając ich do statystyk, faktyczny czas pracy Polaków jest jeszcze wyższy, niż pokazuje etatowa średnia.

Długi tydzień pracy nie jest przypadkowym efektem kulturowych nawyków. To wynik struktury gospodarki, która przez lata opierała swoją konkurencyjność na tanim i elastycznym zatrudnieniu. Niskie płace wymuszają dłuższą pracę — gdy stawka godzinowa nie wystarcza na podstawowe potrzeby, jedynym wyjściem jest zostawanie po godzinach lub branie dodatkowych zleceń. Produktywność pracy w Polsce wzrosła w ostatnich latach wyraźnie, płace realne rosły znacznie wolniej. Zyski przedsiębiorstw nie topniały, tylko rosły. Różnica trafiła gdzie indziej, nie do kieszeni pracowników.

Kraje, w których pracuje się krócej, nie są krajami biedniejszymi. Niderlandy, Dania czy Niemcy notują wyższy PKB per capita niż Polska, a ich pracownicy spędzają w pracy mniej czasu. Odpoczęty pracownik jest bardziej wydajny, rzadziej choruje i rzadziej popełnia kosztowne błędy. Argument o „braku środków" na skrócenie tygodnia pracy zazwyczaj przemilcza pytanie, skąd pochodzi różnica między wzrostem produktywności a wzrostem wynagrodzeń.

Pilotaże krótszego tygodnia pracy, czyli 32 godziny przy zachowaniu dotychczasowych wynagrodzeń, przeprowadzono już w Islandii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Wyniki są zbieżne: mniej nieobecności, wyższa satysfakcja z pracy, brak spadku wydajności. Polska mogłaby korzystać z tych doświadczeń. Zamiast tego trwa w europejskim ogonie, jeśli chodzi o jakość i warunki zatrudnienia.

Potrzebne jest też realne wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy. Dziś instytucja ta dysponuje zbyt małymi zasobami i zbyt wąskimi uprawnieniami, by skutecznie walczyć z fikcyjnym samozatrudnieniem. Inspektorzy powinni móc zmieniać formę zatrudnienia decyzją administracyjną - bez konieczności wieloletnich procesów sądowych, które dziś skutecznie zniechęcają pracowników do dochodzenia swoich praw. Dopóki pracodawcy nie ponoszą realnych konsekwencji za omijanie prawa pracy, przepisy pozostają martwą literą.

Piąte miejsce w Europie pod względem długości tygodnia pracy to dane, które powinny służyć za argument za skracaniem czasu pracy, za likwidacją fikcyjnego samozatrudnienia, za państwem, które w sporze między kapitałem a pracą przestaje udawać neutralnego obserwatora. Polacy pracują długo. Czas, żeby czas pracy przestał być narzędziem wyzysku, a stał się przedmiotem rzeczywistej polityki.

Regiony: polska
Redakcja relacje.news
Redakcja relacje.news

Zespół redakcyjny serwisu relacje.news.

Komentarze