Polski Związek Łowiecki pobiera środki publiczne z budżetu centralnego i z kas samorządów. Pieniądze idą na organizację hubertusów, wsiedlanie kuropatw, edukację dzieci i młodzieży w duchu kultury łowieckiej, a nawet na puchary w konkursach. Jednocześnie PZŁ odmawia udostępnienia swoich sprawozdań finansowych, zasłaniając się tym, że organizacja opiera się na prywatnych składkach członków.
To paradoks, który w normalnie funkcjonującym państwie nie powinien być możliwy: publiczne pieniądze płyną do organizacji, która nie rozlicza się publicznie z ich wydatkowania.
Skąd płyną pieniądze
Strumień finansowania jest wielokanałowy. Część środków pochodzi bezpośrednio z budżetu państwa — za pośrednictwem ministerstw i agencji rządowych. Kolejna część trafia do PZŁ od samorządów: urzędów marszałkowskich, starostw, gmin. Uzasadnienia bywają różne — promocja regionu, edukacja ekologiczna, ochrona zwierzyny. W praktyce oznacza to, że podatnicy z całej Polski, niezależnie od swoich przekonań w sprawie łowiectwa, współfinansują działalność organizacji, do której dostęp jest ściśle reglamentowany.
Członkostwo w Polskim Związku Łowieckim wymaga przejścia przez wieloletni proces aplikacyjny, zdania egzaminów i uzyskania rekomendacji od istniejących myśliwych. Jest to środowisko z definicji zamknięte, o wyraźnie ekskluzywnym charakterze.
Taka struktura dostępu sprawia, że mamy do czynienia z rzadkim przypadkiem: zamknięty klub pobiera otwarte, wspólne środki.
Przejrzystość wybiórcza
Gdy dziennikarze próbują ustalić, jak dokładnie wydawane są publiczne pieniądze, napotykają mur. PZŁ nie publikuje sprawozdań finansowych, argumentując, że jest organizacją opartą na prywatnych środkach swoich członków. Ten argument jest formalnie nieszczerze: organizacja może być finansowana częściowo ze składek, ale jeśli jednocześnie przyjmuje środki publiczne, podlega obowiązkowi jawności w zakresie tych środków. Selektywna prywatność — „jesteśmy prywatni, gdy pytają o dokumenty, ale publiczni, gdy sięgamy po dotacje

Komentarze