Czarno-białe zdjęcie w tunelu podczas deszczu, jedna osoba ma na sobie mokry płaszcz przeciwdeszczowy przy slupie energetycznym w ciagu dnia

Nawałnice pokazują, ile kosztuje brak odpornej infrastruktury


Sobotni poranek 22 sierpnia zastał znaczną część Polski pod naporem gwałtownej pogody. Straż pożarna interweniowała już blisko sześć tysięcy razy, najwięcej zgłoszeń spłynęło z Mazowsza. W Warszawie silna wichura powaliła drzewa i gałęzie na chodnikach i ulicach. Władze miasta zamknęły zoo na Pradze oraz parki w Łazienkach Królewskich i Wilanowie. Stołeczni strażacy wyjeżdżali do interwencji ponad 250 razy.

Najpoważniejsza sytuacja rozwinęła się na Dolnym Śląsku. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ogłosił tam alarm powodziowy trzeciego, najwyższego stopnia zagrożenia. Porywy wiatru sięgały 115 km/h, a nawalne opady doprowadziły do setek podtopień i zniszczeń w wielu miejscowościach regionu. W dużej części kraju w sobotę w południe wciąż obowiązywały ostrzeżenia IMGW. Na wybrzeżu sztormowe fale Bałtyku zalewały plaże.

Tego rodzaju gwałtowne załamania pogody przestały być w Polsce zjawiskiem wyjątkowym. Ocieplający się klimat zwiększa częstotliwość i siłę nawalnych opadów oraz silnych wiatrów nad Europą Środkową, a meteorolodzy od lat ostrzegają, że infrastruktura projektowana kilkadziesiąt lat temu nie odpowiada dzisiejszej skali zjawisk.

Widać to najwyraźniej w sieciach energetycznych. Większość polskiej sieci dystrybucyjnej wciąż biegnie napowietrznie, nad koronami drzew, co przy każdej silniejszej wichurze kończy się zerwanymi liniami i przerwami w dostawach prądu dla dziesiątek tysięcy odbiorców. Kraje, które od lat skablowują sieci pod ziemią, notują wielokrotnie mniej awarii przy porównywalnych warunkach pogodowych. W Polsce modernizacja sieci przesyłowej i dystrybucyjnej postępuje wolniej niż tempo, w jakim rośnie liczba ekstremalnych zjawisk.

Podobny mechanizm działa w miastach. Uszczelnione betonem i asfaltem powierzchnie oraz kanalizacja deszczowa projektowana pod dawne normy opadowe nie radzą sobie z nawalnymi deszczami, co zamienia ulice w rzeki nawet przy opadach, które kilkanaście lat temu nie robiłyby większej różnicy. Brakuje też systemowej presji na ograniczanie zabudowy terenów zalewowych: wiele gmin wciąż nie ma aktualnych planów zagospodarowania przestrzennego uwzględniających ryzyko powodziowe, co pozwala budować tam, gdzie woda i tak w końcu wróci.

Koszty tych zaniedbań ponoszą przede wszystkim mieszkańcy i samorządy. Właściciele domów płacą za naprawy z własnej kieszeni albo z polis, których składki rosną wraz z częstotliwością szkód. Gminy remontują infrastrukturę doraźnie, z bieżącego budżetu, zamiast inwestować z wyprzedzeniem w retencję czy wzmocnione sieci. Państwowa Straż Pożarna i ochotnicze straże pożarne przyjmują na siebie rosnącą liczbę interwencji pogodowych przy finansowaniu, które nie nadąża za skalą wezwań.

Wnioski z sobotnich zdarzeń są proste do wyciągnięcia. Skablowanie newralgicznych odcinków sieci energetycznej, rozbudowa miejskiej retencji, aktualizacja planów zagospodarowania przestrzennego pod kątem zagrożenia powodziowego i stabilne, wieloletnie finansowanie służb ratowniczych to wymóg, żeby kolejna nawałnica kosztowała mniej ludzi dach nad głową i dostęp do prądu.

Regiony: polska
Redakcja relacje.news
Redakcja relacje.news

Zespół redakcyjny serwisu relacje.news.

Komentarze