Firma rekrutacyjna Smart Solutions HR opublikowała badanie, z którego wynika, że cudzoziemcy z wyższym wykształceniem pracują w Polsce masowo przy najprostszych czynnościach fizycznych: na liniach produkcyjnych, w magazynach, w centrach logistycznych. Ludzie z dyplomami lekarskimi, inżynierskimi czy informatycznymi kompletują zamówienia i pakują paczki. Autorzy badania nazywają to drenażem kwalifikacji i jako główną przyczynę wskazują barierę językową.
Smart Solutions HR to firma, która zarabia na dostarczaniu pracowników tymczasowych, w tym cudzoziemców, do hal produkcyjnych i magazynów. Materiały udostępnione do tego tekstu nie zawierają danych o metodologii badania: wielkości próby, sposobie doboru respondentów ani pytaniach zadawanych ankietowanym. Bez tego nie da się ocenić, czy wynik jest reprezentatywny dla rynku, czy opisuje przede wszystkim klientów i pracowników samej agencji. Firma, która opowiada o “ogromnym niewykorzystanym kapitale” gotowym do zatrudnienia, ma oczywisty interes w nagłaśnianiu niedoboru kadr, bo to on uzasadnia jej model biznesowy.
Interes agencji nie zmienia jednak tego, że droga z zagranicznym dyplomem do pracy w zawodzie prowadzi w Polsce przez długie uznawanie dyplomu, naukę języka na własny koszt i zezwolenie przypięte do jednego pracodawcy.
Dyplom w szufladzie
Pierwszą barierą jest formalne uznawanie kwalifikacji. Dyplom wydany w Ukrainie, Białorusi czy Gruzji nie działa w Polsce automatycznie. Lekarz musi najpierw uzyskać uznanie dyplomu przez polską uczelnię medyczną: złożyć dokumenty, czasem zdać egzamin sprawdzający wiedzę i czekać na decyzję. Inżynier budownictwa potrzebuje uprawnień zawodowych nadawanych przez polskie izby inżynierów budownictwa. Procedury trwają miesiące, czasem lata, i kosztują tyle, że człowiek, który przyjechał zarobić na utrzymanie rodziny, nie może sobie pozwolić na czekanie bez dochodu, więc od poniedziałku idzie do magazynu.
Drugą barierą jest język i tu badanie trafia w rzeczywisty problem. Polska nie ma powszechnego, finansowanego przez państwo systemu nauki polskiego dla pracujących migrantów, porównywalnego z niemieckimi kursami integracyjnymi, które współfinansuje federalny urząd do spraw migracji i uchodźców BAMF. Kursy, które istnieją, są rozproszone, często płatne i prowadzone przez organizacje pozarządowe żyjące od grantu do grantu, a po całej zmianie w magazynie mało kto ma siłę iść na zajęcia. Kto nie zna polskiego, nie zda egzaminu zawodowego, nie przejdzie rozmowy kwalifikacyjnej na stanowisko wymagające kontaktu z klientem i nie przeczyta dokumentacji medycznej czy technicznej. Zostaje mu praca, w której instrukcja sprowadza się do gestu brygadzisty.
Kto na tym zarabia
Agencje pracy tymczasowej i duże firmy produkcyjno-logistyczne mają w tym układzie konkretny interes. Pracownik z wyższym wykształceniem, który nie zna lokalnego rynku i nie ma dokąd odejść, rzadko negocjuje stawkę, nie rzuca pracy przy pierwszej okazji i przyjmuje umowę zlecenia oraz pracę zmianową, na które ktoś znający polski rynek i swoje prawa mógłby się nie zgodzić. Dla agencji to siła robocza tańsza i bardziej przewidywalna niż polski pracownik z większym wyborem, a ta przewidywalność bierze się z tego, ile migranta kosztuje odejście.
Ten koszt wyznacza przede wszystkim sposób wydawania zezwoleń na pracę. W wielu przypadkach zezwolenie wskazuje konkretnego pracodawcę i stanowisko, więc prawo do pracy jest przywiązane do firmy. Zmiana zatrudnienia oznacza dla migranta nową procedurę urzędową, ryzyko przerwy w legalnym pobycie, czasem utratę całej pozycji na rynku. Odejście kosztuje więc pracownika znacznie więcej niż jego szefa, a szef może z tej różnicy korzystać przy ustalaniu warunków.
Polska miała tę zależność poluzować do 21 maja 2026 r. Unijna dyrektywa 2024/1233 o jednolitym zezwoleniu traktuje zmianę pracodawcy w okresie ważności zezwolenia jako prawo cudzoziemca, a sam brak pracy nie może być podstawą cofnięcia zezwolenia, dopóki łączny okres bez zatrudnienia nie przekroczy trzech miesięcy (sześciu, jeśli ktoś ma zezwolenie dłużej niż dwa lata). Jak opisuje prawo.pl, art. 120 polskiej ustawy o cudzoziemcach nadal opiera zmianę pracodawcy na wniosku o zmianę zezwolenia, a art. 123 chroni przed cofnięciem zezwolenia tylko przez 30 dni od zgłoszenia utraty pracy. 15 lipca 2026 r. Komisja Europejska wezwała Polskę do usunięcia uchybienia w sprawie wdrożenia dyrektywy.
Co tracą ludzie, gospodarka i usługi publiczne
Najwięcej traci sam pracownik, a jego koszt jest policzalny: zarobki niższe, niż pozwalałyby kompetencje, brak ścieżki awansu, lata pracy fizycznej mimo wykształcenia, które w kraju pochodzenia dawało inną pozycję zawodową. Koszt społeczny jest większy. Polska ma niedobory kadrowe tam, gdzie kwalifikacje rzeczywiście się liczą: w ochronie zdrowia brakuje lekarzy i pielęgniarek, w budownictwie i przemyśle inżynierów, a firmy IT szukają specjalistów za granicą, choć część z tych, których potrzebują, może pracować kilka kilometrów dalej, w hali magazynowej tej samej aglomeracji.
Każdy rok, w którym wykształcony migrant pakuje paczki, jest rokiem, w którym publiczny szpital czy publiczne biuro projektowe nie dostaje specjalisty, którego potrzebuje. Te przeszkody wynikają z przepisów i z braku publicznych pieniędzy na naukę języka, więc nie da się ich zrzucić na pech pojedynczych życiorysów. W wykształcenie tych ludzi zainwestowały ich kraje pochodzenia i ich rodziny, ci zatrudnieni legalnie płacą w Polsce podatki i składki, a państwo nie wykłada nawet na kurs językowy, który pozwoliłby im wrócić do zawodu.
Rozwiązanie nie wymaga nowej teorii. Potrzebne są powszechne, finansowane publicznie kursy polskiego powiązane z zatrudnieniem i prowadzone w godzinach, w których pracownik zmianowy może na nie chodzić, szybsze i tańsze uznawanie zagranicznych dyplomów oraz pełne wdrożenie dyrektywy o jednolitym zezwoleniu, tak by migrant mógł zmienić pracę bez ryzyka utraty prawa do legalnego pobytu. Bez tych zmian kolejne badania agencji pracy będą opisywać ten sam układ, w którym ludzie z dyplomami pracują w Polsce ciężko i legalnie, a ich wykształcenie nie przekłada się ani na ich pensje, ani na krótsze kolejki do lekarza.


Komentarze