obraz Hollywood (autor: Nathan DaFiesta/Unsplash)
Felieton

Czy woke niszczy Hollywood? Prawda o współczesnej popkulturze


Zbliżający się sezon oskarowy, a także ogólne wzmożenie w związku z pogłoskami o kolejnych filmowych hitach, to świetny moment by porozmawiać sobie o odwiecznym obiekcie politycznej histerii w popkulturze – legendarnym wokizmie.

Woke niszczy popkulturę! – zakrzyknie lokalny grifter, który zazwyczaj wygląda podejrzanie podobnie do innego krzyczacego o tym griftera (i niestety też trochę do mnie, co zwiększa tylko moją niechęć do tych ludzi). Czemu? W 90% przypadków chodzi o to, że jedną z głównych ról gra osoba czarnoskóra. W pozostałych przypadkach rozchodzi się o silną postać kobiecą, obecność osoby nieheteronormatywnej, czy nawet fakt, że protagonista nie jest typowym chodzącym pomnikiem testosteronu.

Chciałem zrobić własną grafikę, ale jeden grifter zrobił kompilacje grifterów za mnie.

Pierwszy raz kiedy zauważyłem tę wielką falę oburzenia, to trochę ponad dziesięć lat temu. Kiedy wyszedł pierwszy trailer Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy, nagle tysiące rzekomych fanów rzuciło się na niego.

Czy powodem było to, że fabuła to był odgrzewany kotlet? Może to, że Star Treki JJ Abramsa były często niezbyt wierne materiałowi źródłowemu i nie było to dobrym omenem dla Gwiezdnych Wojen? Nie. Największym problemem było to, że jednym z głównych bohaterów był grany przez Johna Boyegę Finn. Czyli słynny “czarnoskóry szturmowiec”.

Argumenty oczywiście były całkowicie “zdroworozsądkowe” – nie chodzi o rasizm, ale o to że szturmowcy to przecież wszystko klony Jango Fetta! Tak było przecież w prequelach! Wszyscy wielcy fani Gwiezdnych Wojen byli po prostu oburzeni, że lore starłorsów zostaje naruszony przez zignorowanie prequeli!

Oczywiście, było to bzdurne. Jakikolwiek fan Gwiezdnych Wojen który obejrzał więcej niż 6 filmów stanowiących trzonowe dwie trylogie raczej wie, że już w Nowej Nadziei szturmowcy to nie były klony, które przez koszty zostały zastąpione zwykłymi, chamskimi ludźmi. Pamiętam nawet, że jako brzdąc miałem przewodnik po postaciach z Gwiezdnych Wojen, w którym to autor starannie przedstawiał życiorys szturmowców którzy zamordowali wujostwo Luke’a. Żaden z nich nie był klonem.

Nie mniej jednak, armia grifterskich klonów znalazła sobie łatwy cel i wyżywali się na nim na potęgę. Potem film wyszedł, był średni, jak to kino Abramsa, i cała złość została przesunięta z Finna (którego Boyega świetnie odegrał) na postać Rey (Daisy Ridley), która miała czelność być kobietą.

Tu z kolei zaczęto rzucać terminem “Mary Sue”, czyli postaci kobiecej która nie ma wad. Oczywiście, było to kolejne intelektualizowanie swojego uprzedzenia. Rey nie była mniej “wadliwa” od Luke’a, który w Nowej Nadziei magicznie przeszedł z pilota planetarnego “skyhoppera” do gwiezdnego myśliwca w mniej więcej 3 minuty.

Ale mniejsza. Kłócenie się z tymi argumentami to nic innego jak marnowanie oddechu. Nieważne czy tłumaczycie im, że kolor skóry Heleny nie ma żadnego przełożenia na fabułę, czy że zmiana płci pobocznej postaci nic fundamentalnie nie zmienia. Tu chodzi o jedno – racjonalizację swoich uprzedzeń. A rozczarowanie stanem popkultury jest świetnym sposobem, żeby racjonalizować rasizm, seksizm, homofobię. Łatwiej jest zwalić wszystko na czarną lesbijkę, niż zastanowić się dlaczego popkultura produkuje co 5 minut kolejną odsłonę korporacyjnej papki.

Andor, czyli woke które działa

Myślę, że największym symbolem tego jak bardzo ten grift zmienił się w autoparodię, jest magiczny fakt tego, że większość z tych grifterów nie była w stanie powiedzieć nic złego o Andorze. A jak nawet próbowali, to w kolejnych wideach dokonywali szybkiego wycofywania, ostatecznie zachwalając go jako arcydzieło zobaczywszy, że nawet ich wierni żołnierze antywoke nie są w stanie krytykować tego serialu. Podobnie zresztą było z Grzesznikami Ryana Cooglera, gdzie w strachu przed alienacją antywokeistów, jeden grifter wrzucił pozytywną recenzję filmu na swój drugi, rzadziej oglądany kanał.

Oczywiście, jest to niezwykle ironiczne, bo Andor jest prawdopodobnie najbardziej progresywnym dziełem w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Grany przez Meksykanina zwykły chłopak z klasy robotniczej (a przy okazji ofiara kolonizatorskich zapędów Republiki i Imperium oraz de facto uchodźca) wpada w wir politycznej intrygi zmierzającej do obalenia faszystowskiego Imperium.

Bohaterowie są różnorodni. Grani przez gigantyczny przekrój etniczny. Jedna z głównych bohaterek jest lesbijką. Jeden typ pisze gwiezdnowojenny odpowiednik Manifestu komunistycznego. Imperialni knują ludobójstwo odwzorowując sceny z Ostatecznego rozwiązania. Jednak jakimś cudem trudno mi znaleźć gigantyczne obruszenie o woke w Andorze.

Czemu? Bo jest to po prostu doskonale napisany serial. Serial w którym postaci to ludzie z krwi i kości, a nie zbitki motywów i metafor. Nikt nie jest tu tokenowy, każdy wątek jest za to ważny. Kibicując Andorowi, widzowie tak naprawdę kibicują lewicowym rewolucjonistom. I nie jest to dziwne, bo oryginalna trylogia Gwiezdnych wojen była właśnie o tym. O rewolucjonistach, o wojnie partyzanckiej. George Lucas sam przyznał, że rebeliantom bliżej do Vietcongu, niż do amerykańskiego wojska. Jeżeli to słynne “woke” zabiło Gwiezdne Wojny, to obawiam się, że były one martwe już w 1977.

Nie chodzi o woke

Oczywiście, wplatanie progresywnej polityki nie jest powodem osłabienia jakości popkultury w ostatnich latach. Postępujący kapitalizm to też postępująca pazerność. Oryginalne dzieła są niepewną inwestycją. Za to wiadomo, że na kolejną edycję popularnej sagi znajdą się chętni – nieważne czy to Gwiezdne Wojny, Władca Pierścieni, czy Star Trek.

Star Treka wspominam, bo być może to najlepszy dowód na to, jak prawicowi grifterzy totalnie nie rozumieją dzieła w ramach którego się oburzają. Star Trek od początku był “woke”. Zasłynął z jednego z pierwszych pocałunków międzyrasowych w historii amerykańskiej telewizji. Poruszał skomplikowane tematy społeczne, a na mostku Enterprise jeszcze w latach 60-tych ramię w ramię pracowali Japończyk, Rosjanin, Kenijka oraz kosmita. Jak na swoje czasy ten serial był bardziej rewolucyjny niż dowolna liczba race i genderswapów. Nie dziwota, że był ulubionym serialem Martina Luthera Kinga.

Dlaczego więc ludzie którzy wychowali się na oryginalnym Star Treku, czy też jeszcze agresywnie progresywnych The Next Generation, Deep Space 9 i Voyagerze, nagle krzyczą, że któryś nowy serial z tej serii to za dużo, bo w serii w której koncepcja niebinarności pojawiła się już w latach 90-tych, nagle pojawia się osoba z zaimkami they/them.

Moja teoria jest dosyć prosta. Starsze seriale robiły niesamowitą robotę jeżeli chodzi o budowanie postaci. Przez niższe budżety często musiały opierać całą swoją potęgę na sile obsady, a nie na efekciarskim CGI. W związku z tym, nawet najbardziej uprzedzone osoby przestawały patrzeć na odtwarzane role jako “tego czarnego” czy “tamtą latynoskę”. Zamiast tego widzieli po prostu ludzi. Skomplikowanych, wielowątkowych, ale ludzi. Kibicowali im, empatyzowali z nimi.

A teraz nagle, w całej tej papce słabych scenariuszy i robionych na kolanie prequeli, sequeli i spin-offów… bardzo łatwo tym uprzedzonym ludziom skierować swoją złość na obecność tych “innych”. W końcu jak nie było tylu tych postaci wychodzących poza biały stereotyp, to było lepiej. Więc to na pewno te wredne lewaki i ich narzekanie na brak różnorodności wszystko zepsuło!

Oczywiście, różnorodność nic nie zepsuła. Problem jest rzeczywiście systemowy, ale ma więcej wspólnego z odpiętymi wrotkami chciwości Hollywood, niż z tym, że Lupita Nyong’o zagra Helenę.

Tarcza Kapitana Hollywood

Wojna pomiędzy studiami a twórcami nie jest niczym nowym. Niezliczone filmy zostały przecież zniszczone przez smutnych panów w garniturach, mówiących że dana scena źle wypadła na fokusach. Relacja między studiami a twórcami jest pewnego rodzaju wymuszoną symbiozą. Studia mają hajs, twórcy mają pomysły. Ich interesy bardzo często nie są ze sobą zbieżne, ale bez siebie nawzajem nie stworzą nic wybitnego.

Mówię o tym w kontekście jednego z najbardziej punktowanych aspektów tego słynnego “skrętu w woke” w Hollywood. Bo bez wątpienia amerykańskim kinem zaczął rządzić tokenizm. Bynajmniej nie przez wielki spisek propagandowy, a przez to, o co zawsze się rozchodzi. O kasę.

Widzicie, w Hollywood w pewnym momencie przeliczyli sobie tabelki i zauważyli kilka prawd:

  1. Amerykanie o progresywnych poglądach społecznych mają większy dochód rozporządzalny
  2. Amerykanie o progresywnych poglądach społecznych często łapią się na tanie sztuczki PRowe
  3. Krytycy braku różnorodności w Hollywood negatywnie wpływają na odbiór filmów przez Amerykanów o progresywnych poglądach
  4. ???
  5. Robienie filmów z różnorodnymi obsadami = kasa

Więc Hollywood rozpoczęło proces dostosowywania się do realiów. Z jednej strony ten zwrot, niezależnie od stojących za nim motywacji, miał pozytywne skutki, bo wpuścił do Hollywood (niestety nielicznych) niebiałych reżyserów. Nominowany do Oscara Ryan Coogler nie dostałby szansy na nakręcenie filmu w jednej z największych franczyz świata gdyby nie ten zwrot.

Z drugiej jednak strony, w wielu przypadkach ten progresywny zwrot sprowadzał się do “doklejania” postaci do istniejącego scenariusza, czyli tzw. tokenizacji. Nie ma chyba bardziej emblematycznego momentu tego procesu niż scena w Avengers: Endgame w której na kilka sekund na ekranie pojawia się gejowska para. Ta sama gejowska para została szybko wymazana z filmu w Chinach, Rosji, czy państwach muzułmańskich, żeby czasem nie obrazić cenzora.

Oczywiście największym przykładem tego typu działania jest Netflix. Prawicowe żarty o “wersji Netflixa” nie są przypadkiem. W wielu serialach streamingowego giganta postacie zdają się wychodzić z jednej checklisty, osłabiając w ten sposób często wizję kreatywną poszczególnych autorów. Autorów którzy często nie mają pozycji pozwalającej im na skontrowanie odgórnych wymogów, nawet jak nie zgadzają się z ich wizją.

Powiem tutaj coś, co może mi odebrać kartę lewaka w kilku środowiskach, ale nie uważam, że tego rodzaju akcja afirmatywna jest dobra. Pomijając już cały aspekt kapitalistyczny, jest po prostu szkodliwa dla sztuki.

Weźmy na przykład braci Coen. Uwielbiam ich filmy. Nie są one ani trochę różnorodne. Można powiedzieć, że są wybitnie białe. I nie mam z tym problemu. Wolę żeby Coenowie pisali o świecie który znają i rozumieją, niż żeby wciskali na siłę postać z którą nie potrafią empatyzować. Sami zresztą o tym mówili, kiedy to krytyka spadła na Ave, Cezar.

“Nie siadasz i nie zaczynasz pisania opowieści od powiedzenia sobie, że w twoim filmie będą czterej czarni, Żyd i pies.” – powiedział Joel Coen w wywiadzie. Jednocześnie Joel zauważył, że różnorodność jest potrzebna, ale w tym kogo Hollywood zatrudnia do tworzenia filmów a nie w pisaniu scenariuszy za twórców. Znowu więc wracamy do Cooglera, Jordana Peele’a, Daniela Kwana, czy Avy DuVornay.

Różnicę w podejściu można bardzo szybko zauważyć, jeżeli spojrzymy na serial Fargo, bazowany na filmie Coenów z 1996. Tutaj, różnorodność nagle zaczyna się pojawiać. Nie w sposób tokenowy, tylko organicznie. Noah Hawley, który wychował się w rodzinie feministycznej aktywistki w Nowym Jorku lat 70-tych i 80-tych z pewnością miał lepsze zrozumienie różnych grup społecznych, niż dorastający w Minnesocie lat 60-tych i 70-tych Coenowie i przekazał to na ekranie, tworząc ciekawe postaci wychodzące poza uwielbianych przez Coenów małomiasteczkowych białych Amerykanów. Im więcej twórców, tym więcej różnorodności będzie na naszych ekranach. Bo będą opowiadali swoje historie, działali przez pryzmat swoich doświadczeń, a nie korporacyjnych rozkazów.

Ale w kapitalistycznym świecie tabelek w Excelu i pościgu za kasą nie ma miejsca na takie niuanse. Fokusy mówią – ma być różnorodnie, to będzie różnorodnie. I maszyna rusza, zmieniając scenariusze, stawiając wymagania, ograniczając kreatywność. Zamiast zatrudnić twórców reprezentujących przekrój społeczny USA i świata, lepiej jest zrobić checklistę. A jak wściekła prawica zwali to na osoby, które w PRowych przekazach Hollywood chce wspierać? To już problem tych ludzi, studia idą liczyć kasę.

Problem historyczny

Reprezentacja w tworzonych filmach i serialach nie była jedynym problemem wizerunkowym dla Hollywood. W końcu w jego historii zdarzały się filmy wybitnie rasistowskie. I w latach 2010 zaczęły się rozliczenia. Ludzie zaczęli zauważać problematyczne aspekty filmów i krytykowali je za nie. Studia zauważyły.

Oczywiście, kiedy tabelka w Excelu wlatuje, to niuans nie jest wskazany. Zaczęły się więc czystki. Filmy znikały ze streamingów, seriale traciły odcinki. Jednym z najbardziej emblematycznych celów takowych czystek był odcinek serialu Community.

Advanced Dungeons and Dragons opowiada o sesji RPG, w trakcie której serialowy antagonista wciela się w drowa. Robi to “na pełnej”, farbując swoją twarz na czarno, przywołując niejako rasistowską praktykę blackface’u. Postać oczywiście jest szybko potępiona przez innych i poddana krytyce za ten wybór. W skrócie, typ jest durniem, z którego należy się śmiać.

Jednak kiedy fala rozliczania z blackface’u przeszła przez Hollywood, Netflix postanowił usunąć ten odcinek z biblioteki. Nie zważając na to, że był on fundamentalnie antyrasistowski i wyśmiewał szkodliwą praktykę. Miało być usunięte, to zostało. I było usunięte do momentu aż Community nie spadło z Netflixa.

Pamiętam jak moi czarni znajomi byli wściekli na tę decyzję. Teraz stali się kozłem ofiarnym dla pazernego studia. W końcu PRZEZ NICH usuwają odcinek. Co więcej, usuwają odcinek, który wyśmiewa rasizm. Nikt o to nikogo nie prosił. Kiedy aktywiści często chcieli tylko notki historycznej, czy dodania kontekstu do dzieł kultury, korporacje stwierdziły, że lepiej wszystko wyrzucić. I jak coś to przecież i tak zwali się na aktywistów, nie na spadające akcje. I tak też się stało. Progresywne ruchy zostały oskarżone po raz kolejny za coś, co uczynił kapitalizm.

Psie gwizdki

Jeżeli przekonasz najgorszego białego człowieka, że jest lepszy od najlepszego czarnego człowieka, nawet nie zauważy kiedy opróżnisz jego kieszenie. – Lyndon B. Johnson

Wojna z woke oczywiście jest osadzona w szerszym przekroju prawicowej ofensywy obyczajowo-rasowej. Jest to strategia która sięga lat 60-tych, kiedy to amerykańska partia republikańska za centrum swojej strategii obrała przejmowanie bastionów Demokratów na południu poprzez przemawianie do rasistowskich uprzedzeń wyborców.

Lee Atwater, strateg Richarda Nixona w pewnym sensie ustalił politykę psiego gwizdka. Zauważywszy, że zwykły rasizm nie jest już akceptowalny, zmienił język**. Teraz nagle chodziło o “prawa stanów”, przepisy dotyczące szkół**. Zawsze dziwnym trafem w sposób który dotykał mocniej czarnych. Ta metoda rozszerzała się na kolejne pola społeczne przez lata.

Choćby reaganowska walka z crackiem była świetnym tego przykładem. Crack, częściej zażywany przez osoby niebiałe, był tak samo szkodliwy jak kokaina, która częściej używana była przez białych i zamożnych. Jednak kary za posiadanie cracku były wielokrotnie większe od kar za posiadanie kokainy. Więc wojna z narkotykami, czy z “przestępczością w centrach miast”, była tak naprawdę wojną z biednymi i czarnymi.

Aż w końcu jesteśmy tutaj, kiedy psie gwizdki w pełni wylały się na kulturę masową. Wraz z tym rozlewem, zaczęły też totalnie infiltrować naszą własną kulturę i wpływać na naszą politykę. Bo w końcu ktoś skarżący się na to, że jakaś postać jest grana przez czarną osobę zacznie mówić o wierności materiałowi źródłowemu albo historycznych faktach, nie o tym, że po prostu nienawidzi tego, że w filmie ważną rolę gra czarny. Geje? Tu nie chodzi o to, że ktoś jest gejem, tylko o ideologiczną propagandę LGBT. I tak to się kręci.

Jest to też dalej wspierane przez istnienie ludzi, którzy wprost mówią te rzeczy których nie powinno się mówić. Brauny tego świata swoim szurnięciem naturalnie przeciągają to, co jest dopuszczalne w debacie publicznej. W ten sposób ludzie ubolewający nad “racjonalnymi powodami” nie wychodzą na szurów, a na właśnie racjonalnych i umiarkowanych ludzi, którzy po prostu mają niewinne zarzuty jeżeli chodzi o jakość sztuki. A, no i przecież lubią Samuela L. Jacksona, Whoopi Goldberg i Morgana Freemana, więc nie mogą być rasistami.

Najgorsze, że naturalna inklinacja do debaty w dobrej wierze poniekąd legitymizuje te poglądy jako, w jakiś sposób, racjonalne. Antywokista nie chce poważnej rozmowy o tym, czy w sztuce należy zmieniać wygląd postaci, czym jest adaptacja, jak casting może wpływać na przekaz dzieła. Nie, tu chodzi tylko i wyłącznie o wyśmianie lewaka. Wyrwanie zdania z kontekstu i dowód na to, że Hollywood służy zgniłym progresywnym elitom.

Toksyczna symbioza

Koniec końców kinowy tokenizm jest produktem toksycznej symbiozy pomiędzy Hollywood a twórcami. Tam, gdzie twórcy nie mają wystarczająco renomy, by powstrzymać studia przed mocną ingerencją, kończą tworząc mdłą papkę, która przez to, że ma w teorii nikogo nie urazić, uraża wszystkich.

Czemu więc nie sięgają po bardziej prawicowych twórców? Raz, bo trumpistowska międzynarodówka ma swoje własne media. Ludzie którzy wypisali się z korpopopkultury raczej do niej chętnie nie wracą. Dwa, bo wystarczy spojrzeć na koncert Kida Rocka podczas Superbowl, by wiedzieć, że ta międzynarodówka nie ma zbyt mocnych twórców po swojej stronie, a nawet bardziej konserwatywni reżyserzy tacy jak David Lynch, czy Clint Eastwood są dla nich zbyt “lewaccy”.

Jednocześnie nie jest zaskoczeniem, że to dzieła bardziej radykalne politycznie, takie jak Andor, czy Grzesznicy, tworzone przez ludzi którzy bynajmniej nie wstydzą się swoich poglądów są uniwersalnie lubiane. Te, które często stoją w bezpośredniej kontrze do trumpizmu i jego międzynarodówkowych odłamów. Czemu? Bo są wyrazem pewnego rodzaju niepohamowanej kreatywności. Są po prostu dobrymi dziełami kultury, które rezonują z ludźmi, nawet pomimo ich uprzedzeń czy poglądów politycznych. W tym sensie, stają się lepszymi narzędziami “WOKE AGENDY” niż jakakolwiek para gejów całująca się w szybkiej przebitce najnowszego dzieła Marvela.

Więc kiedy ktoś wam powie, że ma dość tego całego woke w Hollywood, spytajcie się go, czy po prostu nie ma dość tej tragicznej papki która jest nam serwowana na ekranach. Bo może się okazać, że instynktownie robią kozła ofiarnego z ludzi, którzy akurat najmniej w tym wszystkim zawinili.

Regiony: swiat
Adam Kościelak
Adam Kościelak

Syn Polki i Kanadyjczyka. Warszawiak z urodzenia, Szczecinianin z wyboru. Z zawodu copywriter, z hobby działacz partii Razem, niegdyś bloger sportowy piszący o NBA.

https://adamkoscielak.com
Komentarze