Blisko 900 tysięcy złotych — tyle Ministerstwo Obrony Narodowej przelało na konto TVP za transmisję defilady z okazji Święta Wojska Polskiego. Nadawca, który formalnie jest w stanie likwidacji. Środki z budżetu państwa. Przelew, o którym opinia publiczna dowiedziała się nie z żadnego raportu ani obowiązkowego rejestru, lecz dzięki zapytaniu poselskiemu.
To nie jest kwota astronomiczna. Ale właśnie dlatego sprawa jest ciekawa — bo pokazuje, jak działa logika transferów publicznych pieniędzy tam, gdzie nikt zbyt głośno nie pyta.
Likwidacja, która nie przeszkadza
TVP od miesięcy funkcjonuje w stanie zawieszenia. Trwa spór prawny, instytucja jest formalnie „w likwidacji", jej status jest przedmiotem politycznych przepychanek. Można by oczekiwać, że w tej sytuacji każda umowa z udziałem tej spółki będzie przetworzona ze szczególną ostrożnością, udokumentowana, uzasadniona.
Zamówienie za transmisję defilady nie trafiło jednak do szerszej publicznej debaty. Żaden resort nie ogłosił tego jako przetargu ani nie wyjaśnił, dlaczego wybrał akurat tego nadawcę, akurat w tej kwocie. Dowiadujemy się o nim z interpelacji posłanki Pauliny Matysiak, która zażądała ujawnienia wszystkich podobnych przelewów.
Sam fakt, że trzeba o to pytać parlamentarnie, mówi dużo o standardach przejrzystości.
Stare wzorce, nowe twarze
Przez lata PiS-u media publiczne były wprost instrumentem partyjnego przekazu. Miliardy złotych z budżetu i od spółek Skarbu Państwa płynęły do TVP, Polskiego Radia i powiązanych podmiotów — bez przetargów, bez rozliczenia efektów, bez wstydu. Zmiana władzy w 2023 roku była prezentowana jako koniec tej praktyki. Transparentność, praworządność, koniec partyjnych synekur.
Teraz okazuje się, że przynajmniej w jednym przypadku ministerstwo rządu Tuska przelało niemal milion złotych do instytucji w likwidacji za jedno wydarzenie — i nikt w rządzie nie uznał za stosowne poinformować o tym opinii publicznej z własnej inicjatywy.
Można bronić tej konkretnej transakcji: może cena była rynkowa, może nie było innej telewizji, która mogłaby obsłużyć transmisję. Ale obrona jest możliwa tylko wtedy, gdy dane są dostępne. A nie są.
Problem jest systemowy
W Polsce nie istnieje jeden, publicznie dostępny rejestr umów zawieranych przez ministerstwa z mediami. Obowiązek publikacji dotyczy zamówień powyżej określonych progów, ale nie wszystkich wydatków z budżetu na usługi medialne.
Brak jawności nie jest przypadkowym zaniedbaniem. To efekt systemu, który przez lata był projektowany tak, żeby politycy mieli swobodę w dysponowaniu publicznymi środkami bez nadmiernej kontroli. Rządy zmieniają się, ale infrastruktura nieprzejrzystości zostaje.
Pytanie, które postawiła Matysiak, jest proste: ile i komu zapłacono za podobne usługi? Pełna lista przelewów tego typu pozwoliłaby sprawdzić, czy mamy do czynienia z jednostkowym przypadkiem, czy z wzorcem. Bez tej listy każde zapewnienie o nowych standardach pozostaje deklaracją.
Publiczne pieniądze nie należą do ministra ani do rządu. Należą do wszystkich, którzy je wpłacili. Przejrzystość w tym, gdzie trafiają, nie jest żadną łaską — to warunek minimalny demokratycznej kontroli nad władzą. Każdą władzą.

Komentarze