658 dni czekania
Ustawa o cudzoziemcach daje wojewodom 60 dni na rozpatrzenie wniosku o zezwolenie na pobyt. W praktyce procedura trwa wieloma miesiącami, a często latami. Najgorzej jest w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim, gdzie średni czas oczekiwania sięga 658 dni, prawie dwóch lat na decyzję, która z mocy prawa powinna zapaść w dwa miesiące.
To nie jest problem dotykający margines naszego społeczeństwa i gospodarki. W grudniu 2025 w Polsce przebywało 2,3 mln cudzoziemców, czyli 6 procent z 38,8 mln mieszkańców kraju. Z tej liczby zdecydowana większość, 73 procent, to obywatele Ukrainy: 1,7 mln osób. Pracuje zawodowo 1,14 mln cudzoziemców, w tym 759 tys. Ukraińców, ponad dwie trzecie wszystkich pracujących migrantów. Te liczby od lat stale rosną, procedury administracyjne za to stoją w miejscu.
W Polsce znajduje się 2,3 mln cudzoziemców, stanowiących 6 procent populacji całego naszego kraju. Ustawowy termin legalizacji pobytu to 60 dni. Realny czas w najgorszym urzędzie wynosi zatwarzające 658 dni.
Brak kilkuset etatów
Przyczyna opóźnień jest prozaiczna: urzędy wojewódzkie i Urząd do Spraw Cudzoziemców od lat nie dostają budżetu na zatrudnienie kilkuset dodatkowych pracowników, którzy odpowiadaliby liczbie wniosków. Liczba cudzoziemców w Polsce wzrosła skokowo po 2022 roku, kiedy miliony osób uciekały przed wojną w Ukrainie. Struktura zatrudnienia w urzędach pozostała taka, jak wcześniej.
Efekt tego konsekwentnego ignorowania prostej matematyki przez państwo jest przewidywalny: kolejki rosną, a każdy kolejny rok pracy urzędów tylko powiększa zaległości, bo napływ nowych wniosków jest szybszy niż tempo ich rozpatrywania. Rząd, zamiast finansować dodatkowe etaty, pozwala, żeby problem narastał latami. Decyzja o niedofinansowaniu administracji migracyjnej ma realne koszty społeczne, tylko że ponoszą je nie urzędnicy podejmujący tę decyzję, lecz osoby czekające na kartę pobytu.
Kto płaci za oszczędności
Osoba czekająca na decyzję miesiącami lub latami funkcjonuje w prawnej niepewności. Zaświadczenie o złożeniu wniosku pozwala legalnie przebywać w Polsce, ale utrudnia załatwienie wielu spraw, które wymagają ważnej karty pobytu takich jak wynajęcia mieszkania na normalnych warunkach, założenia konta bankowego, uzyskania kredytu, czasem nawet zapisania dziecka do szkoły czy skorzystania z pełnego zakresu świadczeń zdrowotnych. Rodziny, które czekają na połączenie z bliskimi, czekają dodatkowe miesiące czy lata ponad to, co w teorii przewiduje prawo.
Pracodawcy zatrudniający cudzoziemców również odczuwają tego skutki: niepewność prawną. Zatrudnienie osoby, której procedura pobytowa się przeciąga, wiąże się z ryzykiem kontroli i koniecznością pilnowania terminów zaświadczeń. W wielu branżach w Polsce, które od lat opierają się na pracy migrantów, takich jak budownictwo, transport, przetwórstwo spożywcze czy opieka nad osobami starszymi, to realne obciążenie administracyjne i finansowe, bo firmy muszą inwestować czas i pieniądze w obsługę prawną zamiast w produkcję czy usługi.
Otwiera to jednak również furtkę dla oportunistów i biznesów, które w tej luce i osobach tkwiących w niepewności widzą okazję do wyzysku. Dużo łatwiej jest wywierać presje na pracownikach, którzy znajdują się w szarej strefie polskiego prawa i którym przez niedociągnięcia systemu nie przysługują te same prawa co innym. Taka osoba, która w wielu sytuacjach nie może nawet wynająć własnego mieszkania ani posiadać konta bankowego jest w dużej mierze skazana na poleganie na swoim pracodawcy, posiadając realnie zerową możliwość negocjacyjną. Krążące do dziś nad polskim rynkiem pracy widmo transformacji systemowej nauczyło już nas, że wątpliwych moralnie praktyk u nas nie brakuje, więc to tylko kolejna z wielu stref, gdzie migranci bez statusu napotykają niebezpieczeństwo.
Ignorowanie problemu to wybór systemu
Wielomiesięczne kolejki w urzędach wojewódzkich nie są efektem nagłego kryzysu, tylko wieloletniego zaniechania. Rząd wie, ile wniosków wpływa rocznie, zna ustawowy termin 60 dni bo sam go przecież ustalił i zna liczbę etatów potrzebną do jego dotrzymania. Mimo to kolejne budżety nie przewidują środków na wzmocnienie kadrowe urzędów migracyjnych, a ten problem po prostu nie zniknie do czasu następnej uchwały.
Skutek tej decyzji, właściwie jej świadomego braku, rozkłada się nierówno. Koszt niedofinansowania administracji ponoszą migranci pozbawieni pewności prawnej, pracodawcy zmuszeni do dodatkowej biurokracji i samorządy, które muszą planować usługi publiczne, szkoły, opiekę zdrowotną, pomoc społeczną, bez rzetelnych danych o tym, ile osób faktycznie mieszka na ich terenie na stałe. Państwo, które nie inwestuje w sprawną obsługę własnych procedur, przerzuca ten koszt na tych, którzy nie mają wpływu na budżet ani na to, ilu urzędników zatrudni dany wojewoda.


Komentarze