W poniedziałek w Sejmie odbyła się Narodowa Debata o Bezpieczeństwie Klimatycznym Polek i Polaków. Padła podczas niej liczba, która streszcza koszt zaniechań - 124 miliardy złotych rocznie. Tyle, według szacunków przedstawionych uczestnikom obrad, może kosztować Polskę brak reakcji na zmiany klimatu, jeśli tempo decyzji politycznych się nie zmieni.
W debacie wzięli udział marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, wicemarszałkini Senatu Magdalena Biejat oraz prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Marek Konarzewski. Naukowcy mówili wprost, że nowa polityka klimatyczna jest potrzebna natychmiast, nie w kolejnej kadencji parlamentu.
Ministra klimatu i środowiska Paulina Henning-Kloska zastrzegła jednak, że każda zmiana musi przebiegać w zgodzie społecznej. Deklaracja niby brzmi rozsądnie, ale od lat oznacza to samo - kunktatorstwo i przesuwanie trudnej decyzji na następny rząd.
Rachunek, który już rośnie
Koszt bezczynności nie jest abstrakcją księgową wymyśloną na potrzeby debaty. Rozkłada się na konkretne pozycje: naprawę infrastruktury zniszczonej przez powodzie i nawałnice, rosnące wydatki systemu ochrony zdrowia związane z upałami i zanieczyszczeniem powietrza, straty rolników po suszach, wyższe składki ubezpieczeniowe od nieruchomości i upraw. Każdy rok zwłoki w ograniczaniu emisji i przygotowaniu infrastruktury na ekstremalne zjawiska pogodowe podnosi tę sumę, bo szkody nawarstwiają się szybciej, niż państwo nadąży je naprawić.
Kto naprawdę płaci
Rachunek nie trafia do tych, którzy dziś decydują o tempie zmian. Samorządy łatają szkody po kolejnej nawałnicy z własnych, ograniczonych budżetów, a gospodarstwa domowe odczuwają skutki w rosnących cenach ubezpieczeń i żywności. Przyszły budżet państwa przejmie resztę, bo skala potrzebnych napraw rośnie z każdym rokiem zwłoki, a nie maleje.
To wszystko dotyczy równieź pracowników sektorów zależnych od węgla. Bez wcześniej przygotowanego planu odejścia od paliw kopalnych to oni pierwsi tracą pracę, gdy elektrownie i kopalnie zamykają się pod presją rynku i unijnych regulacji, zamiast w wyniku zaplanowanej polityki państwa. Koszt spada wtedy na regiony górnicze i lokalne rynki pracy, zamiast zostać rozłożony w czasie przez inwestycje publiczne w nowe miejsca i gwarancję zatrudnienia, albo wcześniejsze emerytury.
Debata w Sejmie pokazała rozdźwięk między diagnozą naukowców a tempem decyzji rządu Donalda Tuska. Prezes PAN liczy koszty w miliardach złotych rocznie. Resort klimatu liczy czas potrzebny na kolejne konsultacje. Im dłużej trwa ta rozbieżność, tym więcej dopłacą ci, którzy na te wszystkie decyzje polityczne nie mają wpływu: mieszkańcy zalanych miejscowości, samorządy bez pieniędzy na naprawy i pracownicy branż, które ktoś zamknie bez wcześniej przygotowanego planu.

Komentarze